
Za kilka dni mija rocznica zmiany w podejściu do przestępstwa zgwałcenia w polskim prawie karnym. To jedna z tych reform, które od początku budziły emocje i wywoływały żywą debatę publiczną. Pojawiały się zarówno głosy poparcia, jak i poważne wątpliwości. Uważamy, że warto o tym mówić spokojnie, bez uproszczeń i bez udawania, że argumenty krytyczne nie istnieją.
W oficjalnych opiniach prawnych przygotowanych na potrzeby prac legislacyjnych jasno wskazywano, że sprawy dotyczące przemocy seksualnej należą do najtrudniejszych dowodowo. Często rozgrywają się bez świadków, a materiał dowodowy ogranicza się do sprzecznych relacji stron. Zwracano uwagę, że zmiana przepisów musi być sformułowana precyzyjnie, aby nie prowadziła do arbitralnych rozstrzygnięć, fałszywych oskarżeń ani – paradoksalnie – do uniewinnień sprawców z powodu nadmiernych trudności dowodowych. Podnoszono również, że pewne rozwiązania redakcyjne, choć motywowane dobrą intencją, mogą w praktyce utrudniać stosowanie prawa lub zawężać zakres realnej ochrony ofiar, jeśli nie zostaną właściwie osadzone w systemie prawa karnego.
Te obawy są realne i nie można ich ignorować. Jednocześnie w tej samej analizie podkreślono coś równie istotnego: dotychczasowa praktyka stosowania prawa, zwłaszcza w starszym orzecznictwie, opierała się często na założeniu, że do uznania zgwałcenia konieczne jest wykazanie „trwałego oporu” ofiary i jego przełamania przez sprawcę. Taki sposób myślenia został oceniony krytycznie jako nieprzystający do współczesnego rozumienia autonomii seksualnej i sprzeczny z aksjologicznym sensem ochrony wolności jednostki. Wskazywano, że ciężar oceny nie powinien spoczywać na pytaniu, czy ofiara wystarczająco się broniła, lecz na tym, czy w ogóle istniała zgoda na kontakt seksualny.
W tym sensie kierunek zmiany definicji należy uznać za społecznie potrzebny. Nie rozwiązuje on wszystkich problemów związanych z przemocą seksualną, nie eliminuje barier w zgłaszaniu i nie zastępuje rzetelnego postępowania dowodowego. Jest jednak wyraźnym sygnałem normatywnym: prawo nie powinno utrwalać wzorców, które wymagają od osób pokrzywdzonych udowadniania oporu, strachu czy „wystarczającej” reakcji w sytuacji naruszenia ich granic. Odpowiedzialność za przekroczenie cudzej autonomii seksualnej spoczywa na sprawcy, a nie na osobie, której tej autonomii odmówiono.
Dla naszego stowarzyszenia ta zmiana ma również wymiar osobisty i obywatelski. Jedną z osób zaangażowanych w działania prowadzące do tej reformy była dr Anita Kucharska-Dziedzic, członkini naszego stowarzyszenia, od lat uczestnicząca w debacie publicznej dotyczącej praw kobiet i ochrony przed przemocą. To między innymi dzięki konsekwentnemu podejmowaniu tego tematu przez osoby działające na różnych poziomach możliwe było przesunięcie akcentów w myśleniu o przemocy seksualnej z „oporu” na „zgodę”.
Zmiana definicji gwałtu nie jest końcem tej rozmowy. Jest jej ważnym etapem. Pokazuje, że prawo może i powinno reagować na utrwalone, ale wadliwe schematy interpretacyjne, jednocześnie zachowując ostrożność i szacunek dla zasad odpowiedzialności karnej. W naszej ocenie była to zmiana potrzebna, bo lepiej odpowiada rzeczywistym doświadczeniom osób pokrzywdzonych i wzmacnia ochronę ich godności oraz autonomii, nie negując przy tym znaczenia rzetelnego postępowania i uczciwej debaty.